Jeżeli książka "Harley mój kumpel" poruszyła Cię do tego stopnia, że chciałbyś swoimi odczuciami podzielić się z innymi zapraszamy do zamieszczenia tu Twojej recenzji. Prześli ją do nas na adres: kontakt@harleymojkumpel.pl
--
Gratuluje pomysłu i wspanialej książki - musze przyznać, że pięknie oddaje klimat i te niepowtarzalną atmosferę tamtych lat. Powróciły stare wspomnienia, lata wygładziły wszystko i poziom testosteronu opadł nam na tyle, że możemy już chyba spojrzeć na to, co nam się wtedy zdarzyło jak na piękny, wzruszający film, film o naszej burzliwej młodości, która zawdzięczamy naszej przygodzie z Harleyem.
Patrząc na ten nasz harleyowy sen na jawie przez pryzmat doświadczeń, zebranych w ciągu przeszło trzech dekad, które minęły od tych chwil, zastanawiam się, co spowodowało, że dla wielu z nas, Harleyowców z tamtych lat, tych z Grochowa, Saskiej Kępy, innych dzielnic Warszawy, wszystko to równie szybko wybuchło jak i zgasło? Może czas przełomu lat 60 i 70 był szczególny, może biegł tak szybko, że choć nasza miłość do Harleya była podobna, potrzeba wolności równie silna u wszystkich, to nie przetrwaliśmy. Poróżniły nas ambicje, jakieś możliwości, często piękne, młode kobiety, których wokoło nas nie brakowało. To było jak gorączka złota na Dzikim Zachodzie, każdy chciał szybko wbić chorągiewkę w swoją działkę. Staliśmy się w pewnym momencie jak kula Plutonu235, który osiągnął masę krytyczna. BUM!!!
Wydaje mi się, że Ty jeden - Wojtku - to przetrwałeś i cieszę się z tego serdecznie, bo szkoda by było, żeby taka książka nigdy się nie ukazała. Przetrwała Twoja wizja tego, czym mógł wówczas być Harley w życiu człowieka. Koło się zamknęło.
Pamiętam rok 1969, WLA przywiezione z Żoliborza w paru skrzynkach na warzywa, rozłożone na podłodze w moim pokoju na Saskiej Kępie, na Lipskiej. Swojego Harleya wyciągnąłem na światło dzienne po roku spędzonym w piwnicy i późnym latem roku 1970, wyjechałem na ulice Francuska - oczywiście natychmiast natknąłem się na Bodzia Kurowskiego, lub Kurewskiego, jak go nazywali złośliwi, i tak to się zaczęło, reszta jest w Twojej, a właściwie naszej książce.
Co ciekawe, inspiracja do kupna właśnie Harleya, a nie jakiegoś ówczesnego badziewia był dla mnie prawdopodobnie ten sam, stary Harley WLA, parkowany często na ul. Narbutta, gdzieś przy ul. Fałata, o którym wspominasz w książce. Studiowałem wtedy podobnie jak Ty na jednym z wydziałów mechanicznych właśnie na ul. Narbutta i często opuszczałem wykład, żeby popatrzeć na te imponującą swoim inżynierskim przepychem maszynę. Miałem po przeczytaniu tego fragmentu książki wrażenie, jakbyśmy się zakochali w tej samej kobiecie nic o tym wówczas nie wiedząc.
Twoja historia ruchu HD w Polsce na przełomie lat 60 i 70 jest pięknym dokumentem tamtych czasów, często bardzo osobistym i wzruszającym, bo też taki był nasz stosunek do tych wspaniałych maszyn i środowiska, które wokoło nich powstało. Każdy zostawił tam cząstkę siebie. Oczywiście każdy z nas, Harleyowcow z tamtych lat, mógłby napisać swoją historie tych wydarzeń, ale po pierwsze tego nie zrobił, a po drugie gdyby się na to zdecydował, to prawdopodobnie okazałoby się, że tak naprawdę, jest to bardzo podobna historia, przynajmniej w warstwie emocjonalnej.
Czytając wypowiedzi na forum dyskusyjnym Twojej książki widzę, że ten osobisty, niemalże metafizyczny watek umyka niestety większości, zwłaszcza młodszych czytelników. Nie dziwi mnie to, bo nie wydaje mi się, żeby ten kto tego wówczas sam nie przeżył i nie doświadczył, był w stanie pojąć fenomen, jakim była nasza harleyowa przygoda w tamtych latach. Ale o tym wiemy tylko my, bohaterowie tych wydarzeń. Z tego też powodu nie zdecydowałem się na umieszczenie swoich uwag na forum dyskusyjnym, nie mam ochoty na polemikę, wyraziłem po prostu swoje odczucia.
Rozpisałem się, ale to taki temat, wybacz stary, sam otworzyłeś te puszkę Pandory. Odżyły we mnie wspomnienia i poczułem, że czegoś w tej książce mi brakuje. Piszesz wprawdzie o zamiarze kontynuacji, ale ja mam na myśli coś innego, myślę, że trzeba zamknąć historie tamtych czasów, brakuje epilogu, brakuje powszechnej akceptacji tego, jak ważne były to dla nas przeżycia, często determinujące nasze przyszłe losy.
A jakby tak zorganizować wielkie spotkanie Harleyowców z tamtych lat i zamknąć ten krąg jeszcze raz? Byliśmy jedna wielka rodzina, może warto spróbować? Planując z odpowiednim wyprzedzeniem może udałoby się ściągnąć wielu z tych, którzy wyjechali i dotrzeć do tych, którzy ciągle są w Polsce. Odzew przeszedłby nasze oczekiwania, jestem przekonany. Sądzisz, że warto, czy zamknąłeś już te kartę? Myślę, że pisząc tę książkę, zaciągnąłeś wobec nas pewien dług, jako były pierwszy Prezydent HD Club Poland możesz go spłacić inicjując taka akcje. Zgłaszam się jako pierwszy uczestnik.
Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuje za tę wspaniałą książkę.
Krzysiek Więckiewicz
--
Otrzymałem książkę wczoraj, późno po południu. Jak przejrzałem kilka stron to tak mnie "zassało", że już jestem po przeczytaniu tej książki. Super. Łza się w oku kreci, gdy wspominacie przełom lat 60 i 70. Byłem wtedy trochę młodszy od bohaterów książki, ale doskonale pamiętam tamte klimaty. Zazdroszczę trochę Wam, prekursorom ruchu. Takie zwariowane czasy jak wtedy już nie wrócą. Choć moje marzenia o Harleyu przyszły dużo później, mam nadzieję, iż mój wiek nie przeszkodzi mi ich zrealizować. Właśnie czekam
na swojego wymarzonego Road Kinga.
Pozdrawiam
Roman Taterra
Gdynia
--
Magazyn "Speed"
grudzień - styczeń 2008/2009
--
Dziękuję bardzo za książkę. Przy zamawianiu miałem nadzieję, że będę miał lekturę na ładnych parę zimowych wieczorów (przecież to ok. 400 stron), ale niestety, nie mogłem się zatrzymać i przeczytałem ją w ciągu 1,5 dnia, rewelacja, gratuluję!!!
Wydaje mi się, że około 20 lat temu czytałem gdzieś w jakiejś gazecie motoryzacyjnej fragmenty z Pana książki, np. dotyczące wyjazdu na wieś po zakup H-D, transport do domu, remont... i powiem szczerze, że były one przyczynkiem do tego, że chwilę po tym fakcie też wyszukałem sobie pocztą pantoflową Junaka w miejscowości Rypin (o Harleyu przy moich ówczesnych funduszach mogłem tylko pomarzyć) i podobnie: przerzut "wraka" z Rypina do Gdyni, remont itd... Niestety czułem jakiś techniczny niedosyt. Gdzieś w sercu jednak pozostał ślad po H-D i jego legendzie. Sprzedałem już dawno temu Junaka i jako, że stara miłość nie rdzewieje to rok temu kupiłem Road Kinga... teraz wiem, że żyję!
Teraz też wiem, że przy nastaniu zimy i po paru przypadkach, że idę w odwiedziny do garażu uciąć sobie pogawędkę i pogłaskać po baku mojego "kumpla" (Road Kinga) to jeszcze nie objaw jakiejś choroby, tak po prostu chyba ma być.
Pozdrawiam serdecznie,
Artur Kapica
Gdynia
--

--
Myślę, że ogromna rzesza ludzi czekała na tę książkę, nawet nie wiedząc o tym. Ruch harleyowski w Polsce trwa i rozwija się od dawna i jak dotąd nikt tego nie ujął, w jakieś spisane karby. Do dzisiaj. Autorzy zrobili wielką rzecz! Zadali sobie wiele trudu w części archiwalnej (zdjęcia, teksty, dokumenty, statystyki), jak również w części przygodowo-opisowej, żywej i choć może nieco podkolorowanej, jednak dającej klimat tamtych lat. Lat naszej młodości, naszych fascynacji, wzruszeń i szaleństw.
Książka jest świetnie skonstruowana, ponieważ składa się z kilku części, które można czytać i oglądać niekoniecznie chronologicznie. Jest historia, nazwijmy to - obiektywna, jest historia subiektywna, są wspomnienia ludzi, jest wreszcie słynny komiks Witka Parzydły. Dla każdego coś miłego! Te, czasem całkiem różne, części książki spaja w jednolitą całość fenomenalne opracowanie graficzno - typograficzne! Naprawdę, wiem co mówię, jestem grafikiem i składam hołd pani Katarzynie Brzostowskiej. Gratulacje!
To opracowanie poza oczywistymi walorami wizualnymi naprawdę łączy gładko w całość różne z założenia elementy książki. To sprawia, że całość jest czytelna i ciekawa zarówno dla nas, weteranów ruchu, jak i dla ludzi spoza branży, czy też zupełnie młodych i rządnych przygód chłopaków i dziewczyn, którzy przymierzają się dopiero do swojej przygody z dwoma kołami.
Nie wiem jak inni, ale ja macham ręką do wszystkich motocyklistów, tutaj też! Do Autorów i do Czytelników!
Rafał Dmochowski (Rudy)
Podkowa Leśna
--
Kumplu z dawnych, świetnych lat szkoły średniej i to nie byle jakiej klasy, samych chłopaków. W pierwszych słowach bardzo dziękuję za pamięć i podarowanie owocu Waszej, wspólnej z Kolegą, pracy w postaci, dla mnie fascynującej, opowieści o legendzie motoryzacji i tych, którzy poświęcili swój czas na jej wskrzeszenie ku swojej i fanów radości.
Czytając Wasze "wypociny", lekką ręka napisane, poczułem się jak piętnasto, dwudziesto latek, wróciły lata wspólnie spędzone. Przebiegające w głowie słowa treści książki, odbierałem jako Twój charakterystyczny głos z lat szkolnych. Ten sam styl, sposób wyrażania myśli, dowcip niekonwencjonalny i niedopowiedzenia, które nie wszyscy mogą od razu zrozumieć, a ja je odbierałem normalnie i przewidywałem co będzie dalej. Szczególnie w opisie zdobycia (bo to nie było kupno) pierwszego Harleya.
Nie ukrywam, że łza mi się w oku kręciła i nie raz musiałem przerwać czytanie, żeby to co niekontrolowane, a przeszkadzające w czytaniu otrzeć z oczu i policzków, baba ze mnie czy co, na stare lata?
Koniecznie podziękuj w moim imieniu swojej Ukochanej, że nie odpuściła, przypilnowała i dała Ci wiarę w to, że potrafisz pisać, o czym ja wiedziałem już w technikum, ściągając nie jedno wypracowanie.
Gratuluję!!! Popełniłeś udaną rzecz!!! Jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję za pamięć.
Z wyrazami szacunku i wspaniałymi wspomnieniami.
Romek Borejza
--
Pierwsze wrażenie po przeczytaniu książki to wysoka estetyka wydania: sztywna okładka, dobrze dobrany format, papier, czcionka nie męcząca wzroku. Liczne rysunki i zdjęcia wkomponowane w tekst na poszczególnych kartach urozmaicają dodatkowo bogatą treść. Krótki rys historyczny marki H-D na świecie w tym również w Polsce, w różnych jej okresach dziejowych, poparte archiwalnymi dokumentami dobrej jakości pozwalają zorientować się osobom nowym w temacie. Opowieści osób zaangażowanych w powstaniu ruchu H-D w Polsce, o jego wzlotach i upadkach, napisane zostały prostym, nieraz tzw. męskim językiem, co nadaje książce odpowiedni klimat, dzięki czemu przyjemnie i z zaciekawieniem się ją czyta (przeczytałem w jedną noc).
Widać duże zaangażowanie autorów w powstanie tej publikacji, wymagające dużego nakładu pracy w dotarciu do źródeł. Uderza duża skromność o sobie oraz innych osób piszących, w przeciwieństwie do wielu obecnie młodych i im podobnym, którzy zakupili sobie "ukochany motocykl" tylko dla szpanu i z pogardą odnoszących się do innych użytkowników dróg (także innych harleyowców), nie szanujących idei ruchu H-D. Chyba minęły już te czasy, gdy na trasie motocykliści pozdrawiali się uniesieniem ręki do góry. Niestety, z bólem serca stwierdzam, że nastały czasy pogardy i tzw. olewania innych. Mogę to opowiedzieć z własnego doświadczenia, ale to już inna historia.
Zachęcam wszystkich do przeczytania książki, naprawdę warto. Uważam, że każdy szanujący się harleyowiec lub sympatyk motocykla spod znaku krzyczącego orła powinien ją posiadać na swojej półce.
Czytając książkę spomiędzy kart brak jest tylko charakterystycznego odgłosu tzw. patatów-patatów dobywających się z silnika uruchomionego motocykla H-D. Osobiście brakuje mi na łamach książki wiadomości czy udało się Wojtkowi obejrzeć film, w którym grał "Basiora" (z kart przeczytanej książki poznałem jedynie ocenę wstępną jego i brata Andrzeja). Jeżeli tak, to kiedy i w jakich okolicznościach obejrzał film po raz pierwszy?
Kiedyś w prasie przeczytałem ogłoszenie: "Z bólem serca sprzedam Harleya-Davidsona, gdyż mi kazała małżonka" (niestety gazetę wyrzuciłem). Ja powiem inaczej – chwała ukochanej przez Pana kobiecie, która powiedziała: "Pisz!". Ja powiem więcej: Pisz Panie Wojtku nadal, gdyż nie ma ruchu H-D i ryczących „45” i innych bez Pana udziału i podobnych Panu entuzjastów, tak jak nie ma szant bez Marka Siurawskiego i "Ryczących dwudziestek" w Polsce.
Po prostu czyta się tę książkę z takim zapałem jak morskich opowieści. W czasie lektury można popijać sobie ulubione piwo (zlotowy przelicznik kalorii – 2 jajeczka) lub rum.
Serdecznie pozdrawiam
Grzegorz Włodarczyk
Skierniewice
--
Książkę dostałem wczoraj i... cały dzień miałem "z głowy". Rewelacja! Gratuluję dobrego pomysłu i znakomitego wykonania!
Tak fajnej książki dawno nie miałem w ręce – oderwać się od lektury nie mogłem, a kolekcja historycznych zdjęć – powalająca na kolana.
Dziękuję w imieniu Redakcji i własnym.
Pozdrawiam – Piotr "Besa" Czech
POLSKI RUCH MOTOCYKLOWY
Sekretariat Rady Koordynacyjnej
i biuletyn "MOTOCYKL MOJE HOBBY"
--
Super!!! Klimat tamtych lat, tak właśnie było…
Byłem na zlocie w Wolsztynie, trudno mi określić dzisiaj, czy pierwszym, czy drugim, pamiętam, że jeden z H-D warszawskich wracał ze zlotu na Willysie, gdzieś miałem zdjęcie. Ponieważ w tekście są nawiązania do Skorpiona i Willys Klubu – byłem na zlocie Skorpiona w Budach Grabskich (29 - 31.07.1977 roku), mam plakietkę z tego zlotu oraz na III Polskim Safari w Sandomierzu w 1975 roku, mam proporczyk i sporo slajdów (oczywiście ORWO).
Ze Skorpiona miałem najlepszy kontakt z Bogdanem Nowackim, jeździł składanką, silnik z BMW R-75 w ramie wahaczowej (Ural?). Wspomniany jest również klub BMW warszawski, z tego co wiem istniał krótko, raz byliśmy na zlocie który organizowali, dostaliśmy wtedy na pamiątkę flagę klubową, która mam do dzisiaj.
Pomysł kontynuacji jest bardzo dobry, tylko osobiście uwzględniłbym w nim również inne kluby i marki z tamtych lat. Wtedy był podział na tych co jeździli współczesnymi, czyli WFM, WSK, MZ itd. i tych nawiedzonych – "prawdziwych", co więcej grzebali niż jeździli. Sam robiłem remont silnika na plaży w Bułgarii.
Wiadomo, dla niektórych było to chwilowe zainteresowanie, inni zarazili się na stałe. Często zmieniali później motocykle na samochody, równie wiekowe. W tym czasie powstały właśnie niektóre działające do dzisiaj kluby czy koła pojazdów zabytkowych.
Żeby nie było wszystko tak super – brakuje mi podpisów pod niektórymi zdjęciami, nawet ogólnych oraz krótkiego opisu technicznego z podstawowymi danymi WL-ki to dla tych, którzy znają tylko nowe modele.
Pozdrawiam
Bohdan Maczynski
Kraków
www.veteran.pl
--
Na wstępie oczywiście wielkie uznanie dla ciekawej, oryginalnej i bardzo ładnej "konstrukcji" książki. Z dużym zainteresowaniem przeczytałam część historyczną, podziwiałam stare fotografie i reklamy z Harleyami w roli głównej. Myślę, że nie mało trudu kosztowało zdobycie tak obszernej dokumentacji. Zapewne im bliżej współczesności, tym większy, ale może przez to trudniejszy był wybór.
Co takiego zrobili panowie Harley i Davidson, jaką "duszę" tchnęli w te motory, że tak uwodzą chłopców (i dziewczęta), w każdym wieku, na całym świecie, od blisko 100 lat? A każdy, co go "dosiądzie" to nie zapomni już nigdy tego niezwykłego uczucia.
Dla mnie "czas Harleyowy" to co najmniej 10 lat mojego (naszego) życia. Jak żywe stają mi więc przed oczami obrazki z tamtych lat. Słyszę charakterystyczny ryk harleyowego silnika lub jego cichy pomruk, kiedy pracował na wolnych obrotach, zanim strzelił "w rurę"... i zgasł. Czuję garażowy zapach benzyny i smarów i… łza się w oku kręci.
Pamiętam niekończące się godziny spędzane w garażu na Zbytkach wśród niezliczonej ilości harleyowych silników, ram, błotników i innych elementów, z których składane były kolejne egzemplarze Olesiowych (Aleksandra Cianciary) rumaków, gdzie "drobny remoncik = silnik z ramy" nie stanowił wielkiego problemu, gdzie można było pokrzepić się winem z wielkiego gąsiora, zakąsić (wykradzionym teściom) kurczakiem upieczonym w ognisku i gdzie zawsze było mnóstwo przyjaciół, którzy albo składali swoje motory, albo tylko asystowali w robocie lub zabawie.
W Olesiowej "stajni" bywały też kolejne jeepy, Chevrolet Fleetmaster (który pełnił w końcu funkcje baru), Kaiser i wspomniana przez Marka Ustaszewskiego "Agrafka", która ciężko ranna w kolizji z tramwajem na skrzyżowaniu Żytniej i Młynarskiej (a nie na Powązkowskiej) nie dała się już zreanimować.
We wspomnieniach innych, współczesnych nam lub nieco młodszych harleyowców, znalazłam wprawdzie trochę nieścisłości, ale to nie umniejsza wzruszenia, które towarzyszyło mi podczas lektury.
Podsumowując moją recenzję – Harleyee były, są i zawsze będą SUPER !!!
Pozdrawiam serdecznie
Stanisława Jenike-Cianciara
--
Gdy w ubiegłym roku zadzwonił do mnie Wojtek Echilczuk i oznajmił, że wraz z Tomaszem Szczerbickim pisze książkę o harleyowcach "wzięło mnie". Przetoczyły się wspomnienia z lat 70-tych i zadrgały struny wzruszeń z tymi wspomnieniami związane. Kiedy spotkałem się z nimi i zobaczyłem w ich oczach ogień entuzjazmu, wiedziałem, że to zrobią. Poprosili mnie o zdjęcia i zapis mojej przygody z Harleyem. Uczyniłem to. Wczoraj, 12 pażdziernika 2008 roku otrzymałem od Tomka egzemplarz książki. Wieczór i noc z 12 na 13-ego... Czytam, oglądam zdjęcia a myśli i wyobrażnia wyświetlają film pod tytułem"Harley mój kumpel". Niektóre sekwencje wzruszają mnie a przywołane wspomnienia skraplają oczy łzami - męskimi łzami. Tomaszu! Wojtku! Dziękuję Wam za tę książkę.
Dariusz Skorupa-Stokowski, harleyowiec
--





